W poprzednim poście wspominałam o krótkim zwiedzaniu Hradec Kralove, miasta pod którym odbywał się festiwal Rock for People. Na miejsce dojechaliśmy festiwalowym autobusem (można też rzec, że magicznym. Bo jak wytłumaczyć, że w stronę miasta autobus jechał zawsze pusty, a w stronę festiwalu zawsze pełen?!). Dzień wcześniej, będąc na zakupach, sprawdziliśmy na mapie w jakim miejscu powinniśmy wysiąść - autobus zatrzymywał się na początku miasta, przy muzeum, przy Tesco, a następnie przy dworcu głównym i lotnisku.
Wysiedliśmy przy muzeum (czeska Wikipedia podpowiada mi, że było to Muzeum Wschodnich Czech) i poszliśmy przed siebie. Trafiliśmy na wielką elektroniczną mapę turystyczną, jednak nie chciała z nami współpracować, dlatego zdaliśmy się na własny instynkt. Skręcaliśmy w jedne uliczki, omijając drugie... Miło się spaceruje po tym mieście. Nie wiem, czy było to spowodowane porą (było piątkowe przedpołudnie), ale ulice były puste. Jedynie co chwilę mijali nas reprezentacji różnych krajów w biegach na orientację. :)
W odnalezieniu się w centrum miasta pomagają tabliczki informacyjne ustawione w każdym ważniejszym miejscu. Prócz informacji o obiekcie, znajdowała się na nim mapa, która podpowiadała w którą stronę powinno się udać, aby zobaczyć kolejny zabytkowy punkt.
jestem mistrzem robienia zdjęć panoramicznych, przyznajcie. :D
Muszę szczerze przyznać, że to pierwsze moje zwiedzanie, w którym mam więcej swoich zdjęć z chłopakiem, niż samej architektury. :) Uwielbiam robić zdjęcia samych obiektów, jednak tym razem jakoś się przemogłam i obydwoje mamy fajną pamiątkę w postaci wspólnych zdjęć.
Już ponad miesiąc minął od mojego ostatniego wpisu. Nie ma się czym chwalić, właściwie powinnam Was przeprosić. I jednocześnie podziękować, bo mimo tej ciszy, nadal zaglądacie na mojego bloga! Mam nadzieję, że w tym wypadku statystyki nie kłamią. ;)
Jest jednak inna sprawa, którą chciałabym się pochwalić: Rock for People 2013, czyli rockowy festiwal na starym lotnisku Hradec Kralove. Nie ukrywam, że znalazłam się tam właściwie przypadkiem - od dawna planowałam wyjazd na Openera. Kiedy jednak dowiadujesz się, że Twój ukochany zespół rozpoczyna trasę w Polsce (wspominałam o tym tutaj), nie myślisz, tylko wydajesz część zaoszczędzonych pieniędzy. ;) Chwała mojemu chłopakowi, że czasem słucha, co do niego mówię i ogarnął kolejny punkt trasy 30 Seconds To Mars - Rock for People 2013. To właśnie dzięki temu zespołowi dowiedział o festiwalu. Zdecydowanie powinnam wysłać im kwiaty, bo były to najlepiej spędzone wakacje! :)
Wszystko zaczęło się we wtorek, 2 lipca. Po dojechaniu na miejsce, zamieniliśmy bilety na opaski - festiwalową i campingową, ponieważ zdecydowaliśmy z chłopakiem skorzystać z festiwalowego pola namiotowego. Camping był ogromnym polem zaopatrzonym w urządzenia sanitarne (toy toy'e, brodziki z kranami oraz płatne prysznice), stoisko Zanussi z czajnikami, lodówkami, mikrofalami oraz tosterami (do skorzystania za darmo), a także całodobową kawiarnią z napojami, ciastami i kanapkami.
Bramy arealu (tak po czesku nazywał się teren festiwalu) w pierwszy dzień otwierane były dopiero od 13.00. W pozostałe dni można było przez nie przejść już od 11.00. Na arealu mieściło się pięć scen oraz mnóstwo stoisk, m.in.: T-Mobile, gdzie można było skorzystać z tabletów podłączonych do internetu czy podładować telefon. Firma wypożyczała też różowe hulajnogi! :D Ludzie jeździli nimi po całym festiwalu.
Było kilka stoisk z odzieżą i akcesoriami. Swoją strefę miał także Jack Daniels (gdzie kupiłam firmową koszulkę) oraz Staropramen. Zwykłe piwa oraz smakowe miały osobne stoiska, jednak w każdym korzystało się z festiwalowych kubków (ok. 45 koron). Fajnym miejscem była także plaża Camela. Najciekawszym miejscem było Science, gdzie między innymi: rozwiązywało się zagadki kryminalne, brało udział w warsztatach decoupage czy dotykało takich zwierząt jak skorpion lub stonoga. Oczywiście, były również punkty gastronomiczne serwujące różnorodną kuchnię - od KFC i Burger King do dań wegetariańskich i punktów sushi.
Najważniejsza była jednak muzyka. To na niej planowałam skupić uwagę, jednak wyszło jak wyszło - musiałam Wam powiedzieć o wszystkim. :)
W pierwszy dzień otwarte były cztery sceny - dwie mieszczące się pod namiotem (Staropramen Stage oraz Youtube Stage) i dwie w bunkrach lotniskowych (Evropa 2 - scena klubowa oraz Showcase stage). Dopiero na drugi dzień mieliśmy dostęp do terenu przy Rock For People Stage.
Pierwszym zespołem jaki usłyszeliśmy był łotewski Prata Vetra. Po chwili jednak poszliśmy do Showcase Stage, gdzie dziesięć minut później zaczynało grać brytyjskie Kins. Zespół co chwila odwracał się od publiczności i grał tyłem - ciekawa forma prezentacji. ;) Zaprezentowali alternatywę z elektronicznym brzmieniem. Trudno znaleźć jakikolwiek ich filmik na Youtube, ale znalazłam coś takiego. W ten dzień usłyszeliśmy również Bloc Party - brytyjski zespół, który po raz drugi zagrał na tym festiwalu. Szczególnie przypadli do gustu mojemu chłopakowi.
Grali naprawdę przyjemnie - nogi same skakały w rytm ich muzyki. :) Na nagraniu słychać piosenkę "Flux". Chłopaki pozytywnie mnie nią zaskoczyli, ponieważ poprzedzili ją coveremRihanny "We found love". Jeszcze bardziej do gustu przypadła nam "Banquet".
Potem nadszedł długo przeze mnie oczekiwany moment - koncert 30 Seconds to Mars. Nie mogę uwierzyć, że w ciągu miesiąca byłam na dwóch ich koncertach. Jeszcze bardziej zachwyca mnie fakt, że wychodząc z pierwszego, pomyślałam: "szkoda, że nie zagrali Hurricane". Na drugim koncercie dostałam tą piosenkę w wersji akustycznej...
Koncert był fantastyczny. Rzucanie się piłkami wypełnionymi wodą, pokaz akrobatów, rzucanie dmuchanymi zwierzakami (sic!)... I oczywiście oni.
Następny dzień obfitował w genialne koncerty. Chyba nikomu nie muszę opisywać The Devil Wears Prada, A Day to Remember, Papa Roach czy Billy Talent. Wszyscy z nich wystąpili na Staropramen Stage. Swoją drogą, muszę przyznać, że wokalista Billy Talent ma iście angielskie poczucie humoru, pomimo że jest kanadyjczykiem. :D O ile ich muzyka tak mnie nie zachwyciła, uwielbiam tego gościa - jest genialny! W międzyczasie przypadkiem trafiliśmy do Showcase Stage na koncert duńskiej grupy Rangleklods. Naprawdę warto posłuchać tej pary. Niestety, nie ma żadnych nagrań z festiwalu, dlatego odsyłam tutaj.
Trzeci dzień festiwalu należał do Rock for People Stage, na której zagrali Foals, Queens of the Stone Age i Modestep. Różnili się od siebie, jednak każdy z zespołów dał naprawdę dobry koncert. Na uwagę zasługuje także jedyny reprezentant naszego kraju - grupa Tres.B. Właściwie grupa jest międzynarodowa, ale wokalistka jest Polką i to się liczy. ;) Do posłuchania tutaj.
W ostatnim dniu, 5 lipca, przeważały czeskie kapele. Nam właściwie zależało tylko na jednej - grającej o 18.15 na Youtube Stage Eddie Stoilow z gościnnym udziałem Petra Cecha na perkusji. Przed koncertem wybraliśmy się do centrum Hradec Kralove na spacer oraz do Tesco - w końcu nie ma co wracać z Czech bez Studenckiej i piwa! ;) Na miejsce zawiózł nas bezpłatny festiwalowy autobus (z klimatyzacją!). Spakowaliśmy się i ostatni raz weszliśmy na teren festiwalu. Koncert Eddie Stoilow był przyjemny, choć nie rozumiem, dlaczego na jego początku po scenie spacerował astronauta.
Smutno było odjeżdżać. Bawiliśmy się świetnie. Nie żałuję, że nie pojechałam na Openera. Jestem wręcz z tego powodu szczęśliwa. ;) Atmosfera Rock for People była nieziemska i spędziłam tam wspaniale czas.
Środę
poświęciłyśmy odpoczynkowi w Kupari. W Chorwacji 1 maja również jest świętem
narodowym, dlatego musiałyśmy wcześniej niż zwykle wyruszyć do sklepu – był
otwarty tylko do 13:00. Wieczorem szykowała się główna impreza Autostop Race podsumowująca wydarzenie, dlatego szykowałyśmy się na konkretne zakupy. ;)
Wyobraźcie
sobie nasze zdziwienie, kiedy podeszłyśmy do lodówki i zobaczyłyśmy… Brak towaru.
Wielka lodówka i wielkie nic. Podobnie było na zwykłym regale. Autostopowicze
wykupili prawie wszystkie piwa, ostały się tylko pojedyncze egzemplarze! :D Udało mi
się na szczęście złapać ostatnie 1,5l piwo smakowe z półki, dziewczyny też coś
poznajdowały.
Słyszałyśmy
o drugim sklepie w okolicy, dlatego postanowiłyśmy go znaleźć. Szłyśmy w górę
drogi poza miasto z kilka dobrych minut, aż w końcu dotarłyśmy do małego
sklepu. Lodówki były pełne, ale wybór średni – przynajmniej dla mnie, smakoszki
piwa smakowego. Kupiłyśmy jeszcze śniadanie i zeszłyśmy na plażę
znalezionym po drodze zejściem.
O 18:30
rozpoczęła się impreza. Najpierw organizatorzy rzucili w
publiczność pozostałość rzeczy od sponsorów – ludzie walczyli, by złapać
pojedyncze prezerwatywy i gumy do żucia, a koło mojej głowy przeleciał pasztet
z dziczyzny. Chłopak niedaleko złapał sztuczne włosy. Przeprowadzono kilka
konkursów i przedstawiono zwyciężczynie wyścigu – dwie dziewczyny dotarły do
celu w 18h, za co otrzymały tygodniowy rejs jachtem na Mazurach.
Po rozdaniu
nagród odbył się koncert Goorala. Spotkałam chłopaka, który krzyczał, że pytał
wszystkich i nikt nie wie, kim jest artysta na scenie. W sumie też go nie znałam. Mimo tego, swoim
energicznym graniem szybko rozkręcił imprezę. ;)
2 maja 2013
Rano pożegnałyśmy się z Asią i Patrycją. Dziewczyny
zbierały się już w drogę powrotną, podobnie jak większość autostopowiczów. My
podróż zaplanowałyśmy na następny dzień, dlatego też większość czasu
poświęciłyśmy na ładowanie telefonów – nasze baterie nie były pełne od nocy w hotelu.
W każdej łazience znajdowały się dwa kontakty. Na polu
znajdowało się też kilka budek z prądem, nie wszystkie jednak działały. Od
kiedy przyjechałyśmy, trudno było znaleźć wolny kontakt, a kiedy już taki
znalazłyśmy – żadnej nie chciało się samej długo stać w jednym miejscu. Teraz
jednak nie miałyśmy wyboru. Pół dnia spędziłyśmy siedząc przy wejściach pod
prysznice i czekając.
Popołudniu poszłyśmy ostatni raz na plażę. Celowo
zboczyłyśmy trochę ze stałej drogi, dzięki czemu znalazłyśmy… Supermarket. W
samą porę! Cały tydzień robiłyśmy zakupy w sklepie, gdzie prawie nigdy nie było
bułek ani chleba (tylko raz udało nam się kupić podłużne bułki. Miały bardzo
słodki posmak), a tutaj proszę – rozbudowany dział z pieczywem. Zaopatrzyłyśmy
się na podróż, a potem rozglądałyśmy się za miejscem, gdzie mogłybyśmy zjeść
obiad.
Do tej pory w restauracji byłyśmy tylko raz, w
Dubrovniku. Dwa razy żywiłyśmy się daniami błyskawicznymi. Tego dnia
zdecydowałyśmy się na Portun Bistro przy głównej drodze w Kupari. Obie
zamówiłyśmy pizzę z owocami morza. Była to najlepsza pizza jaką jadłam!
Delikatne ciasto, rozpuszczający się ser oraz świeże kalmary, tuńczyk i
ośmiornice. ;)
Tego dnia szybko poszłyśmy spać – w końcu czekała nas
kolejna podróż autostopem. Zamierzałyśmy wcześnie wstać, żeby móc wyprzedzić
innych podróżnych (i szybciej wydostać się z Kupari).
3 maja 2013
Wstałyśmy koło 6:00 rano, umyłyśmy się (po raz pierwszy w
ciepłej wodzie!) i ruszyłyśmy w trasę. Za camping zapłaciłyśmy już wczoraj – 20
kun (ok. 10 zł) za dobę, za namiot. Jako pierwsza zatrzymała się dziewczyna,
która nigdy nie zabrała żadnego autostopowicza, jednak widziała nas w telewizji
(wracałam w koszulce ASRu), dlatego postanowiła zadebiutować. ;) Wysadziła nas
przed zjazdem do centrum Dubrovnika. Stałyśmy przez jakiś czas na środku rozwidlenia
dróg, próbując jak najszybciej coś złapać, byleby uciec z tego niezbyt
ciekawego (a właściwie niebezpiecznego) miejsca. W końcu zatrzymał się 23-latek
grający zawodowo w odmianę bilardu.
ostatnie zdjęcie z Dubrovnika - z tarasu widokowego
Trafiłyśmy na początek Splitu, gdzie zaczęły się nasze
problemy. Kilka razy zmieniałyśmy miejsce stania, a i tak samochody mijały nas
obojętnie. Straciłyśmy bardzo dużo czasu. Wydostałyśmy się z miasta przy pomocy
starszego pana (Malwina zaczepiła go, kiedy próbował włączyć się do ruchu) oraz
pewnej pary.
W końcu znalazłyśmy się w tym samym miejscu, co wtedy, gdy
jechałyśmy w drugą stronę – przy bramkach, gdzie rozchodziły się drogi na
Zagrzeb i Dubrovnik. Spotkałyśmy inną parę autostopowiczów z ASR, dlatego
wspólnie łapaliśmy okazję. Jak na złość, tym razem wszyscy kierowali się w
stronę Dubrovnika (wtedy było odwrotnie). ;) Po jakimś czasie udało nam się
zatrzymać mężczyznę, który zgodził się zabrać całą czwórkę do Zagrzebia.
Dominika i jej kolega (niestety, nie pamiętam imienia)
mieli zamiar spędzić noc w mieście i pojechać zamówionym busem do Pragi, skąd
chcieli dojechać autostopem do Opola. My zaś kierowałyśmy się w stronę Wiednia.
Rozstaliśmy się na drodze do Mariboru. Była 17:40, kiedy
stanęłyśmy na poboczu z tabliczkami. Nic nie chciało się zatrzymać. Jakiś tir zaproponował
nam podwiezienie gdzieś przed Maribor, jednak zrezygnowałyśmy – nie chciałyśmy
na noc wylądować w polu. Potem nie zatrzymywałyśmy już ciężarówek. Długo
później podwózkę zaproponował nam jakiś mężczyzna, który wzbudził pewne
wątpliwości u Malwiny, dlatego nie zdecydowałyśmy się na wspólną przejażdżkę. W
sumie okazały się one słuszne, bo kierowca zachowywał się naprawdę dziwnie (zjechał
na pobocze zanim jeszcze mógł dostrzec kartkę z naszym celem, potem wrócił się
na stację benzynową, a na koniec, gdy Malwina spytała go ponownie o to, gdzie
jedzie, zwyczajnie odjechał).
Zaczęłyśmy zastanawiać się nad noclegiem w motelu, który
znajdował się tuż obok nas. Cena za pokój wynosiła jednak ponad 500 kun (ok.
250 zł). Podeszłyśmy więc na pobliską stację benzynową, gdzie spotkałyśmy kilka
innych par z ASRu. Po chwili siedzenia na chodniku postanowiliśmy rozbić na
trawie swoje koczowisko. ;)
4 maja 2013
Wstałyśmy około godziny 6:00 i po szybkiej toalecie
zaczęłyśmy łapać stopa w tym samym miejscu, co wczoraj. O 7:30 obok nas
zatrzymało się auto starszego rocznika. Okazało się, że kierujący nim obywatel
Bośni i Hercegowiny jedzie prosto do Wiednia! Całą drogę łączył kilka języków,
starając się z nami porozmawiać. Nam kazał odpowiadać po polsku. Po
drodze kupił nam też Red Bulle, mówiąc, że wyglądamy na potrzebujące energii. ;)
Po godzinie 11:00 dotarłyśmy do Wiednia. Tam, niedaleko
dworca Sudbanhof, rozstałyśmy się – Malwina złapała stopa, po czym na stacji
benzynowej przesiadła się w busa do Częstochowy, ja zaś zostałam i do godziny
18:00 czekałam na busa do Wrocławia.
"brama" prowadząca do Muzeum Historii Wojskowości
Ograniczyłam się do zwiedzenia najbliższej okolicy.
Zaczęłam od spaceru przy Muzeum Historii Wojskowości, a następnie przeszłam Schweizer
Garten do Belwederu. Pozwiedzałam jego ogrody oraz sąsiadujące z nim uliczki.
Znalazłam polski kościół, a nawet sklepik z polską prasą. ;) Weszłam też do jednego ze sklepów z pamiątkami, gdzie wszystkie poświęcone były "Pocałunkowi" Klimta - parasole, torebki, szale, haczyki na torebki, zapałki... Wszystko.
Najdalszym punktem
mojego spaceru była Hochstrahlbrunnen – fontanna przy pomniku upamiętniającym
Armię Czerwoną. Załapałam się tam na jakąś manifestację, niestety, nie znam niemieckiego i nie wiem dokładnie na jaką...
Zwiedzanie zakończyłam we wspomnianym już przeze mnie parku.
pomnik Fryderyka Chopina
O 18:00 ruszyłam busem firmy Tatarczuk w kierunku
Wrocławia. Obok mnie siadła Kasia, siedemnastolatka spod Kłodzka. Miała ze sobą
niesamowite chrupki. W kształcie kangurków z wypukłymi brzuszkami! :)
Ten dzień spędziłyśmy odpoczywając na plaży w Kupari – miejscowości
leżącej kilka kilometrów od Dubrovnika, w której mieścił się nasz camping Auto
Camp. Jest to umiejscowione na wzgórzu krótkie miasteczko z dwoma sklepami
samoobsługowymi, stacją benzynową, dwiema restauracjami i kilkoma kafejkami.
Jednak chyba każdej z nas najbardziej w pamięci utkwił
niewykorzystany potencjał tego miejsca w postaci opuszczonych rezydencji i
hoteli. Niegdyś był to luksusowy kompleks wypoczynkowy, teraz to tylko
pozostałości po jugosłowiańskiej wojnie domowej.
Obiekty te znajdują się tuż przy samej plaży. Chyba dzięki
temu w okolicy panuje względny spokój – właściwie byliśmy tam tylko my
(uczestnicy ASRu) i miejscowi. Krystaliczna woda, górsko-morski krajobraz,
ciepłe powietrze… I pomyśleć, że w tym momencie reszta naszego roku siedziała
na wykładzie. ;)
Kupari ma dwie plaże. Jedna z nich była bardziej kamienista (na zdjęciu). Bardziej podobało nam się na tej z pomostami (zdjęcia wyżej), dlatego to właśnie na niej spędzałyśmy czas.
30 kwietnia 2013
We wtorek zdecydowałyśmy się wybrać do Dubrovnika –
miasta na koniuszku Chorwacji. Z Kupari kursują tam autobusy, jednak wprawione
już w łapaniu stopa, zdecydowałyśmy się właśnie na tą formę podróży. ;)
Zebrałyśmy się względnie wcześnie i ruszyłyśmy ku głównej drodze. Spotkałyśmy
tam już jedną parę autostopowiczów, dlatego Malwina pomogła im ruszyć w drogę,
po czym w czwórkę (od kiedy przyjechałyśmy na miejsce trzymałyśmy się z
Patrycją i Asią) rozpoczęłyśmy łapanie stopa. Po krótkim czasie zatrzymałyśmy…
Taksówkę! Kierowca zgodził się nas zawieźć na miejsce bez pobierania opłaty,
ponieważ nie rozpoczął jeszcze pracy, a dopiero jechał na miejsce postojowe.
Po chwili znalazłyśmy się przy jednej z bram Starego
Miasta. Spacerkiem zwiedziłyśmy okolice. Obijając się o innych turystów, mogłyśmy
poczuć, jakbyśmy cofnęły się w czasie. Stare Miasto jest naprawdę pełne uroku.
Przy przystani
zaskoczyła nas ogromna ilość stoisk zajmujących się sprzedażą biletów na rejsy
statkiem wycieczkowym. Sprzedawcy przekrzykiwali się jeden przez drugiego.
Można było skorzystać z wielu ofert: rejsu dookoła pobliskiej wyspy, wycieczki
na pobliską plażę dostępną tylko od strony morza czy wycieczki studenckiej po
kilku okolicznych wyspach. Zdecydowałyśmy się zrezygnować ze spaceru po murach
miasta i kupiłyśmy bilety na rejs dookoła wyspy Lokrum za 75 kun (ok. 37,5 zł).
Przez około 45 minut płynęłyśmy łodzią podziwiając nieziemskie widoki.
Zgłodniałyśmy,
dlatego zdecydowałyśmy się poszukać restauracji, gdzie mogłybyśmy spróbować
lokalnej kuchni za rozsądną cenę. Jadąc w stronę Kupari, Malwina próbowała wypytać
wiozących nas chłopaków o specyficzne dla kraju dania – nie byli jednak w
stanie powiedzieć na ten temat nic konkretnego. Z przewodnika, którego
pożyczyłam na chwilę od innych uczestniczek ASRu na plaży, również nie dało się
niczego dowiedzieć. Wyczytałam w nim jedynie, że można tu spróbować ryb i win.
Wyszłyśmy
za mury Starego Miasta i uliczkę dalej trafiłyśmy do Konoba Pjatanca. Konoba
oznacza gospodę i jest bardzo popularnym miejscem na posiłek w Chorwacji.
Usiadłyśmy na tarasie i zamówiłyśmy spaghetti z owocami morza (nie licząc
Patrycji, która zamówiła sobie kurczaka z frytkami – mówiła, że dobry). Danie
było smaczne, choć jak dla mnie za bardzo przeważały w nim ostrygi – w pewnym
momencie wszystko, także makaron, był przesiąknięty tylko ich smakiem. Malwina
i Asia nie narzekały.
Następnie
po krótkim spacerze na Starym Mieście postanowiłyśmy wrócić na camping – planowałyśmy
powrót na organizowanego przez ASR grilla. Nie wiedziałyśmy dokładnie którą
uliczką mamy iść, więc szłyśmy po prostu w górę miasta, szukając dobrego
miejsca na złapanie okazji. W końcu udało nam się dotrzeć do zatoczki
autobusowej. Dobrze trafiłyśmy, bo po krótkiej chwili udało nam się zatrzymać
samochód jadący do Kupari. Właściwie było to pierwsze auto, które zjawiło się
na drodze po wyciągnięciu przez Malwinę tabliczki. ;)
Po powrocie
na camping umyłyśmy się i poszłyśmy na imprezę. Początkowo nie chciało nam się
jeść, dlatego usiadłyśmy na trawie i piłyśmy piwo. Szybko tego pożałowałyśmy,
bo nagle zrobiła się ogromna kolejka do grilla. Stałyśmy w niej chyba ponad
godzinę (może dwie?) – koszmarnie wolno się poruszała. Gdy w końcu dotarłyśmy
do stołu, zobaczyłyśmy coś, co sprawiło, że straciłyśmy apetyt – dwóch z
organizatorów opuściło tackę z jedzeniem na ziemię, po czym łopatkami zebrało mięso
z piasku i wrzuciło je na grilla. Gdy powiedziałyśmy, że chcemy dostać porcję z
innej tacki, nie chcieli się przyznać, do tego co zrobili i w zaparte twierdzili,
że nam się przewidziało. Na szczęście będące tam organizatorki uwierzyły nam i
udało nam się wywalczyć nienaruszone jedzenie… Musiałyśmy się jednak podzielić
tackami, bo zabrakło ich dla wszystkich uczestników. A potem była impreza. ;)