poniedziałek, 27 maja 2013

AutoStop Race: dzień 1

Równo miesiąc od tego, kiedy to się wydarzyło, rozpoczynam relację z naszej przygody na AUTOSTOP RACE. Dla tych, którzy nie wiedzą - jest to autostopowy wyścig studentów organizowany przez wrocławski Uniwersytet Ekonomiczny. Zarejestrowane pary (jest ich ponad 500) muszą jak najszybciej dostać się do ustalonego miejsca, jadąc jedynie stopem. W tym roku metą był Dubrovnik, a właściwie miasteczko pod nim - Kupari. Dosyć spontanicznie wybrałam się tam razem z koleżanką z roku, Malwiną. Do celu dotarłyśmy po 39 h i 22 min, jadąc czternastoma samochodami. Przygoda na całe życie!




27 kwietnia 2013
            Chwilę po godzinie 7:00 pojawiłyśmy się przed budynkiem Akademiku Uniwersytetu Ekonomicznego. Mimo wczesnej pory, już było głośno. ;) Grała muzyka, a spiker motywował do rywalizacji przeróżnymi konkursami. Spotkałyśmy też żabo-zupę – maskotkę jednego ze sponsorów imprezy, firmy Profi. Na ich stoisku można było otrzymać za jeden uśmiech koncentrat barszczu lub „worek” innej gotowej zupy. Najdłuższa kolejka stała jednak do uruchomionego później stanowiska firmy Starbucks, gdzie można było się napić kawy. Ci, którzy kawy nie lubią (w tym ja) mogli poczęstować się puszką Red Bulla.
            Podeszłyśmy do jednego z punktów rejestracji. Po podaniu numeru startowego (oczywiście, musiałyśmy go zapomnieć :D) i pokazaniu legitymacji studenckich dostałyśmy pakiet startowy. W niebieskiej reklamówce znalazłyśmy: dwie koszulki w zamawianych przez nas rozmiarach, nalepki z numerem startowym, kilka „wlepek” z logiem ASRu, konturową mapę interesującej nas części Europy, mapę Chorwacji z informacją turystyczną po Polsku, a także kilka produktów od sponsorów: koncentrat barszczu i gotową grochówkę oraz długopis od firmy Profi, dwa dania błyskawiczne od Vifona, dwa napoje energetyczne od OSHEE, dwa mini dezodoranty (damski Rexony i męski Axe) od Unilever, dwa mini opakowania gum do żucia (takie, jak dają w restauracji – dwie gumy zawinięte w sreberko) od Airwaves, dwie saszetki kawy kolumbijskiej od Sturbucks oraz trzy smakowe prezerwatywy od Skins. 
            Po zrobieniu grupowego zdjęcia z okna Akademika wszyscy razem odliczyliśmy: „10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, A, S, R!” i wystartowaliśmy. Minęła już 9:30, kiedy udałyśmy się na ul. Ślężną. Tuż za bramą kampusu UE spotkaliśmy osoby, które od razu pakowały się do samochodów znajomych, tramwaje były pełne niebieskich koszulek… Miałyśmy sporo szczęścia, bo po krótkim czasie stania przy głównej drodze udało nam się złapać samochód, który jechał od razu do Cieszyna!
            Niestety, razem z Malwiną nie notowałyśmy dokładnych godzin, kiedy i gdzie nas kto wysadził – zwyczajnie nie było na to czasu. Kiedy wysiadałyśmy z auta, od razu myślałyśmy, gdzie powinnyśmy się ustawić, wyciągałyśmy tabliczki i czekałyśmy. Często zagadane nawet nie zauważałyśmy, że ktoś się zatrzymał, dlatego nawet nie wiemy ile czasu spędzałyśmy na czekaniu. Czas leciał szybko, zwłaszcza że naprawdę miło go spędzałyśmy – rywalizacje odstawiłyśmy na bok. Wydaję mi się jednak, że czas łapania stopa do Dubrovnika nigdy nie przekroczył 50 minut i tego się trzymajmy. ;)


            Kierowca pierwszego złapanego samochodu podwiózł nas pod samą granicę. Wysiadłyśmy na postoju dla ciężarówek pewne, że zaraz któryś tir będzie jechał w odpowiadającą nam stronę. Nikt nie chciał nas zabrać. Jeden z ciężarowców wahał się z decyzją, bał się jednak policji – miał obok siebie siedzenie tylko dla jednej osoby. A był Chorwatem wracającym do kraju! Niestety, nie zdecydował się.
            Po jakimś czasie zatrzymał się pewien Czech, który jechał do Pragi autostradą mijającą Brno. Powiedział, że zawiezie nas w takie miejsce, gdzie będziemy mogły łapać stopa w kierunku Wiednia. Przez całą drogę próbował się z nami porozumieć w swoim języku, co chwila upewniając się, czy go rozumiemy, mówiąc: „hapisz?”. Ja nie hapiłam wcale, Malwina starała się podtrzymać rozmowę, co jakiś czas wtrącając: „nie rozumiem” albo starając się co nieco odpowiedzieć. Często włączał głośniej muzykę i… sapał w jej rytm. Nie mogłyśmy się opanować ze śmiechu… Patrzyłam w szybę i starałam się nie myśleć o tym, co się w tym aucie dzieje. :D
            Czech wysadził nas przy zjeździe z autostrady. Niestety, przy złym, dlatego musiałyśmy przejść kawałek do kolejnego... Za znakiem informującym o końcu autostrady spotkałyśmy inną parę autostopowiczów – nie byli oni jednak z ASR. Pierwszym autem, jakie wspólnie zatrzymaliśmy, była policja, która kazała nam przenieść się w inne miejsce. Mieliśmy przejść zakręt bez pobocza i wejść na drogę szybkiego ruchu, która przebiegała nad autostradą. Spytałam się, czy nie mogliby nas ten kawałek podwieźć, ale nie zgodzili się, dlatego ruszyliśmy pieszo. Tam spotkaliśmy kolejną parę spoza ASR. Nasi nowi znajomi wybrali kolejkę miejską znajdująca się niedaleko, my zaś ruszyłyśmy poboczem dalej. Długo czekałyśmy aż ktoś się zatrzyma.  
W końcu zabrał nas stamtąd Czech w wieku 30 lat, który biegle mówił po angielsku. Powiedział nam, że sam kiedyś podróżował w ten sposób i zna dobre miejsce na łapanie stopa. Zawiózł nas w okolice Miculov, które nie wiem czy ochrzciłabym tym samym mianem, co on. ;) Kolejny raz pierwszym samochodem, który się zatrzymał, była policja. Jeden z nich poprosił nas o dokumenty tożsamości. Mandat?! Przecież tu można stać! Okazało się, że to „zwykła” kontrola. Spisali nasze dane, po czym podali je do centrali. Nie złapali nas na przemycaniu narkotyków, nie mieli też dowodów na to, że kogoś zamordowałyśmy, więc zostawili nas w spokoju. Straciłyśmy przez nich trochę czasu, w dodatku nie chcieli nas podwieźć, tłumacząc się, że pewnie zdyskwalifikowaliby nas za niewłaściwy transport. Czekając na stopa, spotkała nas (a właściwie mnie) kolejna nieciekawa sytuacja. Jadący obok nas samochodem chłopaki rzucili we mnie i w nasze plecaki papierosem.
Jakiś czas potem zatrzymała się jadąca do Austrii kobieta. Mówiła, że zabrała nas, ponieważ jej córki też jeżdżą stopem i wyobraża sobie, co nasze mamy teraz przeżywają. ;) Wysadziła nas na początku miasteczka Wetzelsdorf. Tam po dłuższym czasie zatrzymali się Giuseppe i Dalila – najlepsza para, z którą mieliśmy okazje jechać.

 zdjęcie zrobione przez Malwinę

Włosi zmierzali w kierunku Wiednia. Wracali ze spontanicznej wycieczki do Brna – mieli jechać zupełnie gdzie indziej, ale trafili właśnie tam. Przez całą drogę rozmawialiśmy, śpiewaliśmy i uczyliśmy się wzajemnie słówek naszego rodzimego języka (Giuseppe mówiący: „cudowne, zrób zdjęcie!” był niezwykle zabawny). Obydwoje mieli zarażający śmiech. W pewnym momencie Giuseppe zrobił poważną minę i powiedział: „dziewczyny, mam dla was złą wiadomość. Jesteśmy psychopatami. Zaraz was zabijemy”. Na szczęście dotarłyśmy do celu… Ale wcale nie do Wiednia! Włosi specjalnie dla nas zmienili trasę powrotu do domu i pojechali przez Graz. Dzięki nim już pod koniec dnia byłyśmy blisko granicy ze Słowenią.
Zaczynało się robić ciemno, kiedy wysiadłyśmy z samochodu na początku miasta. W pobliżu nie było ani jednej żywej duszy. Ok, była jedna, którą Malwina spytała o tani nocleg w tej okolicy – zdecydowałyśmy się bowiem nie ryzykować łapaniem stopa w nocy na autostradzie. Weszłyśmy do knajpki naprzeciwko, gdzie widniał napis „rooms”, jednak towarzystwo tam siedzące odstraszało widokiem. W dodatku kobieta tam pracująca nie rozumiała angielskiego. Szłyśmy w stronę miasta z tabliczką „Maribor”, kiedy na stacji benzynowej obok nas zatrzymało się jedno auto. Malwina podbiegła do tankującego benzynę chłopaka. DJ (w bagażniku miał konsolę, na której, jak się potem okazało, grał w jednym z klubów) zgodził się specjalnie pojechać z nami do Leibnitz - bliżej granicy ze Słowenią. Całą drogę mówiłyśmy mu, że jest naszym aniołem. Bo był – wywiózł nas z miasta, w którym straciłyśmy orientację.
Był też aniołem, bo wysadził nas w raju. Centrum handlowe! McDonald’s! Nie ma nic weselszego niż trafienie do fast fooda po całym dniu niejedzenia. ;) Zamówiłyśmy sobie zestawy, a potem jadłyśmy je, licytując się, która pierwsza go zwróci – nie ma to jak udawany kurczak w pustym żołądku. W między czasie zaczepiłyśmy kelnerkę, aby dowiedzieć się o drogę na Maribor lub tani nocleg w okolicy. Okazało się, że pracownica jest właśnie z tego miasta, jednak do domu wraca wraz z czterema innymi osobami, więc samochód jest pełny. Dała nam jednak namiary na hostel.
Wyszłyśmy z restauracji i zatrzymałyśmy jadący w naszym kierunku samochód.  Poprosiłyśmy kierującą nim Egipcjankę, aby zawiozła nas pod zapisany adres. Okazało się, że jest to drugi koniec miasta. I nie jest to hostel, tylko hotel - Jufa. Recepcjonista zażyczył sobie 80 euro za pokój ze śniadaniem w cenie. Próbowałam spytać o pokój bez śniadania, ale co zrobić… Zapłaciłyśmy. Zszokowane ilością pieniędzy jakie przed chwilą straciłyśmy, udałyśmy się do pokoju. Po otwarciu drzwi czekało nas jeszcze większe zdziwienie. W pokoju stały męskie lakierki, otwarta walizka na szafce i różowa kobieca pidżama na łóżku. Malwina pobiegła do recepcjonisty, a ja zdecydowałam się zostać z rzeczami na korytarzu. Dostałyśmy inny pokój, tym razem pusty. ;) W pokoju z łazienką wisiały świeże ręczniki, a na stole leżały cukierki. Dwa pojedyncze łóżka były zasłane pościelą. Naprawdę miło było się w nich położyć po pierwszym dniu podróży…

 

Niestety, nie mam w ogóle zdjęć z dni, kiedy jechałyśmy na stopa. Dlatego najpierw zasypię Was tekstem, żeby potem zasypać Was zdjęciami z Chorwacji. :)

1 komentarz:

  1. Fantastyczne, czekam na kolejne części relacji i baaaaaaaardzo zazdroszczę takiej super przygody! :)

    OdpowiedzUsuń